W czwartek zakończyły się finały krajowe Imagine Cup w Polsce. Wielkie emocje, uczucie zwieńczenia wielkiego wkładu pracy i dbanie o to, by wszystko poszło zgodnie z planem – to określenia tego, co chyba każdy miał wtedy w głowie. A jeśli nie każdy, to na pewno ja.
W Imagine Cup startowałem w zespole z trzema niesamowitymi ludźmi, którzy w projekt włożyli strasznie dużo – czasu, wiedzy, zaangażowania… nawet poświęcili kawał Świąt aby tylko wszystko dopiąć na ostatni guzik. Team. To właśnie wydaje się być najważniejsze i zdecydowanie ma wpływ na sukces – zgrany zespół, któremu zależy na osiągnięciu celu niełatwego w zdobyciu. Chłopaki, dzięki!
Droga do finałów nie była banalna. Aby wejść do finałowej dziesiątki każdy zespół przeszedł przez dwa etapy, w których najpierw zgłaszał krótkie streszczenie projektu (1 etap), potem już działający projekt wraz z filmem opisującym działanie i funkcjonalność programu (2 etap). Skupię się głównie na tym pierwszym etapie.
Streszczenie projektu, objętość: jedna kartka papieru. Jeśli się uprzeć, można napisać w godzinę. Niby nic, a jednak – to właśnie od tego, czyli od pomysłu de facto zależy wynik końcowy. Imagine Cup kładzie nacisk na walory biznesowe projektu, umiejętności sprzedania swojego dzieła itd. Ale bez pomysłu innowacyjnego, którego wdrożenie w życie dzieli tylko kilka kroków, sukcesu nie będzie. Warto się na tym skupić.
Mając już pomysł, potrzeba już tylko dwóch rzeczy: trzeba go zaimplementować i sprzedać (tj. przekonać do jego słuszności).
Na koniec dodam jeszcze, że podczas przemów często padało zdanie, że z Polski najtrudniej jest się przebić do finałów światowych. Drużyny są bardzo mocne, mają niesamowite pomysły na program, wypromowanie go i zarabianie na nim.
To było kilka moich subiektywnych przemyśleń. Mimo, że jako zespół pozostaliśmy w dziesiątce, ja czekam do lipca – wtedy finały światowe. Ciekawe jaki projekt spośród tysięcy okaże się najlepszy na Świecie w tym roku!
PS Gratulacje dla konkurencyjnego zespołu Armed, który jedzie na finały do Sidney!





Świat idzie do przodu i mam wrażenie, że zachodzi ciekawe zjawisko. Największe firmy liczące się na rynku IT otwierają się na współpracę z innymi produktami, także konkurencji, a tzw. środowisko open source zawzięcie trwa przy swoim, odrzucając to, co kojarzy się z płaceniem za oprogramowanie. Dla przykładu Microsoft: PHP w serwerach IIS, Java w Azure, pełno nie-ASP-netowych aplikacji w Microsoft Web Gallery, udostępnianie API coraz większej liczby produktów. Oracle ma cały dział w Polsce zajmujący się integracją swoich produktów z zewnętrznymi rozwiązaniami.
